Do Tadżykistanu wyruszyliśmy z Osz - miasta położonego na południu Kirgistanu w Dolinie Fergańskiej. Historia miasta sięga 3000 lat, rosną tu najsmaczniejsze kirgiskie arbuzy, melony i czereśnie; na górze Salomona (Sulejmana), która dominuje nad miastem, można się wyleczyć w świętych miejscach i przy pomocy lokalnego szamana z bezpłodności, nerwobóli i ślepoty; przez Osz przechodzą ogromne ilości narkotyków przemycanych z Afganistanu na Zachód i do Rosji. Miasto pojawia się w mediach również z powodu zamieszek na tle etnicznym, które wybuchają co jakiś czas pomiędzy Uzbekami i Kirgizami. Bo tak towarzysz Stalin podzielił tutejszy świat, że po upadku Związku Radzieckiego nijak nie dało się wyprostować zagmatwanych granic i dojść do porozumienia z sąsiadami. Wystarczy spojrzeć na mapę okolicy by wiedzieć, że zasada „dziel i rządź” została tu znakomicie wykorzystana. Możliwym jest też wariant z suto zakrapianą imprezą na Kremlu przy wyznaczaniu granic bo wyglądają one tak jakby pijany człowiek trzymał ołówek przy ich wykreślaniu. W rzeczywistości jadąc na południowy zachód od Oszu w stronę granicy z Tadżykistanem trzeba nieustannie wpatrywać się w znaki by prosty odcinek drogi nie zaprowadził nas do uzbeckiej enklawy, do której wjechać nam nie wolno, bo nie mamy wizy. Prosta droga jest zdradliwa, należy ufać tym wijącym się i zakręcającym w najmniej spodziewanych momentach. Drogi w Związku Radzieckim nie znały granic a po jego upadku musiały zagarnąć kawałki gór i stepów żeby połączyć miasta i wioski tego samego kraju. Tak właśnie wygląda droga z Osz do Batken, która zaprowadziła nas na granicę z Tadżykistanem.
Pierwsze spotkanie z Tadżykistanem i już
wiedziałam, że to miejsce dla ludzi. Sympatyczny pan paszportowy zaprosił mnie
do kanciapy, żeby móc zarejestrować nasz wjazd. W kanciapie było tylko jedno
biurko i jedno krzesło więc zostałam posadzona na łóżku bez materaca, prosto na
wystających sprężynach. Ponieważ system komputerowy jeszcze na tadżyckie
posterunki nie dotarł, pan wypełniał pieczołowicie w zeszycie własnoręcznie
wykreślone rubryczki. Zeszyty te potem odsyłane są do Duszanbe i wyobrażam
sobie, że w jakimś ogromnym gmachu sztab urzędników sprawdza słupek za słupkiem
czy wszystko się zgadza. Porównują zeszyty ze wszystkich posterunków
granicznych i postów na drodze by móc wychwycić nieprawidłowości. A ponieważ to
wszystko zajmuje mnóstwo czasu to nieprawidłowości się dezaktualizują i okazuje
się, że w Tadżykistanie wykroczeń nie ma. W tym tajemniczym budynku muszą stać rzędy
regałów wypełnionych po sufity zeszytami; tony makulatury, które dają pracę
tysiącom ludzi w całym kraju, dzięki czemu spadają wskaźniki bezrobocia.
A tymczasem przez granicę przebiegło stadko
gęsi. Na moją uwagę, że właśnie doszło do nielegalnego przekroczenia granicy,
pan paszportowy uśmiechnął się i złoty blask wypełnił kanciapę. Okazało się, że
stadko należy do pograniczników - pełniąc służbę daleko od domów musieli zadbać
o swój wikt. Na pożegnanie od panów paszportowych dostałam morele - żebym
poznała smak tadżyckiego słońca. I te morele uśpiły moją czujność - nie
dostałam jeszcze jednej jak zawsze bardzo ważnej karteczki, za której brak
musiałam zapłacić przy wyjeździe z Tadżykistanu.
W kolejnej budce urzędnik poinformował nas,
że samochód wjeżdżający z Kirgistanu musi być obowiązkowo poddany dezynfekcji. Ja
to rozumiem - widziałam już na granicy turecko - bułgarskiej i albańsko -
czarnogórskiej rowki z brudną cieczą, która ma powstrzymać obce bakterie, przed
podstępnym przeniknięciem na oponach na drugą stronę. Oczywistym jest, że
bakterie mają świadomość istnienia granic. I oczywistym jest, że dezynfekcje
kosztują - ja to rozumiem. Tadżycka kosztowała 10 dolarów i kończyła się
wystawieniem dokumentu. Na moje pytanie czy idziemy dezynfekować, pan tylko
uśmiechnął się i złoty blask zalał kanciapę: „Nie nada”, kwitek wystarczy do
powstrzymania bakterii.
W kolejnej budce kolejny urzędnik
poinformował mnie, że musi wystawić mi papierek (do dziś nie wiem za co) ale
niewystawienie kosztuje mniej niż wystawienie - kolejne 10 dolarów. Wiadomym
jest, że na granicach się płaci - trzeba mieć na paszę dla gęsi i opryski na
morele. Ludzkie to takie i ja to rozumiem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz